Clayface: recenzja przedpremierowa. Gwiazda Hollywood, która rozpływa się w potwora
Rzadko się zdarza, żeby w opisie filmu o potworze najbardziej przerażającym słowem była miłość. Clayface opowiada o rozpadzie hollywoodzkiej gwiazdy, która po tajemniczych eksperymentach zamienia się w żądną zemsty istotę, i taki punkt wyjścia od razu włączył mi wszystkie dzwonki alarmowe. W tym dobrym sensie. 23 października przekonamy się, czy James Watkins rzeczywiście dowiezie horror ciała i duszy, czy tylko kolejnego gumowego stwora.
Na papierze jeden z najodważniejszych horrorów tej jesieni, który sądząc po dorobku reżysera bardziej da w kość żołądkowi niż oczom.
Clayface: zwiastun
Informacje o filmie
| Premiera w Polsce | 23.10.2026 |
|---|---|
| Reżyseria | James Watkins |
| Obsada | Max Minghella, Naomi Ackie, Eddie Marsan, Tom Rhys Harries, David Dencik, Francesca Corney |
| Gatunek | Horrory |
| Kategoria wiekowa | 16 |
| Kraj | Filmy amerykańskie |
O czym to jest? Gwiazda, która dosłownie traci twarz
Oficjalny opis nie rozwodzi się zbytnio i moim zdaniem to dobry znak. Mamy kogoś, kto kiedyś był błyszczącą gwiazdą Hollywood, a teraz staje się mściwym potworem. Bohater traci samego siebie, znika z niego człowiek, a co najokrutniejsze, wyciera się w nim uczucie, którego strzegł najbardziej: miłość. Wszystko to uruchamiają tajemnicze eksperymenty naukowe, które wciągają go w mroczny, niepokojący świat.
Tyle faktów i nie zamierzam niczego do nich dopisywać. To, co da się wyczytać z tych kilku zdań, bardzo mnie jednak nakręca: to nie jest klasyczny schemat „nadchodzi potwór, uciekamy”. Tutaj potworem jest sam bohater, a horror zaczyna się od środka. Pytanie nie brzmi, kto zginie, tylko ile zostanie z kogoś, kto stopniowo zapomina, dlaczego w ogóle kiedyś kochał.
Glina jako motyw jest genialnie prosta: można ją formować, ugniatać, zmienić w cokolwiek, i właśnie dlatego nie ma własnego kształtu. Trudno o trafniejszą metaforę Hollywood. Tytuł od razu przywołuje znanego z komiksów DC przeciwnika Batmana, ale z tego, co wiemy, film ma działać przede wszystkim jako horror i tragedia jednego człowieka, a nie superbohaterska rozróba.
James Watkins, mistrz niewygodnych minut
Jeśli mnie pytacie, najmocniejszym argumentem za tym filmem jest nazwisko reżysera. James Watkins to twórca, który nie straszy, tylko przytłacza. Eden Lake do dziś pozostaje dla mnie jednym z najbrutalniejszych brytyjskich thrillerów, filmem, po którym przez kilka dni ma się niesmak w ustach. Kobieta w czerni była klasyczną opowieścią o duchach, pełną dusznego powietrza i staroświeckiego klimatu, a amerykańską wersją Speak No Evil pokazał, że świetnie radzi sobie z cienką granicą między towarzyską niezręcznością a otwartą przemocą.
Co łączy te filmy? Watkinsa interesuje, co dzieje się z człowiekiem, kiedy opada z niego cywilizowana powłoka. Dokładnie z tego materiału ulepiony jest Clayface. Gwiazda, która dotąd żyła z powierzchni, z wizerunku, z własnej twarzy, i właśnie to traci. Trudno wyobrazić sobie lepsze dopasowanie reżysera do tematu.
Jednej rzeczy jednak nie wiemy: na ile Watkins czuje się pewnie w większej skali, w horrorze opartym na efektach. Dotąd jego siłą był raczej powściągliwy, przyziemny strach. Jeśli przeniesie go do filmu o przemianie w potwora, będzie z tego mocne uderzenie. Jeśli efekty przejmą stery, może zgubić to, w czym jest najlepszy.
Obsada bez słabego ogniwa
Lista nazwisk nie jest zbiorem supergwiazd błyszczących na plakacie, tylko solidnych, wyrazistych aktorów, i moim zdaniem to świadoma decyzja.
- Max Minghella może być znany z Opowieści podręcznej, gdzie pokazał dokładnie ten rodzaj wewnętrznego rozdarcia, jakiego potrzebuje taka historia.
- Naomi Ackie to jedna z najciekawszych karier ostatnich lat. Po Mickey 17 i Mrugnij dwa razy trudno o lepszy wybór do roli, która ma nadać horrorowi emocjonalny ciężar.
- Eddie Marsan potrafi zostawić ślad w pięć minut. Jeśli ktoś w filmie ma promieniować chłodnym zagrożeniem o wątpliwej moralności, on jest wyborem instynktownie trafnym, choć kogo tu gra, jeszcze nie wiadomo.
- Obok nich obsadę uzupełniają Tom Rhys Harries, David Dencik, Francesca Corney, Wil Coban i Jake Curran.
Kto kogo gra, oficjalne materiały nie zdradzają, więc i ja nie będę zgadywać. Pewne jest jedno: każdy w tej ekipie potrafi grać oszczędnie, drobnymi gestami, a w filmie, którego sednem jest powolne znikanie człowieka, to jest na wagę złota.
Dlaczego to może być naprawdę dobre
Body horror przeżywa w ostatnich latach renesans i nie jest to przypadek. Nasze ciała są dziś pod nieustanną obserwacją: filtry, zabiegi, pogoń za młodością. Film o fizycznym i psychicznym rozpadzie hollywoodzkiej gwiazdy trafia dokładnie w ten nerw. Substancja pokazała, że widzowie są gotowi na takie bezlitośnie szczere, groteskowe lustro.
Drugim mocnym punktem jest miłość. Rzadko piszę o horrorze, że czekam na niego z powodu wątku romantycznego, ale tu może on być kluczem. Największą grozą nie jest to, że ktoś zmienia się w potwora, tylko to, że przy tym wie, co traci. Jeśli Watkins utrzyma tę świadomość, film będzie nie tylko straszny, ale i bolesny, a najlepsze horrory zawsze trochę bolą.
Jest też nadzieja na praktyczne efekty. Gliniasta, wciąż zmieniająca kształt istota wręcz prosi się o ręcznie robione, namacalne triki. Jeśli film pójdzie w tę stronę, fani gatunku będą mieli święto.
Gdzie może się potknąć
Czas na psucie zabawy. Sformułowanie „tajemnicze eksperymenty naukowe” to broń obosieczna. Może z tego wyjść zwarta, klaustrofobiczna historia, ale równie dobrze stos wyjaśnień z ust postaci w kitlach, który zabije całą tajemnicę. Takie filmy często wykładają się właśnie wtedy, gdy chcą wszystko wytłumaczyć.
Drugie ryzyko to wątek zemsty. „Mściwy potwór” łatwo może przechylić się w zwykły slasher z wyrównywaniem rachunków, w którym tragiczny bohater staje się prostą maszyną do zabijania, a film zapomina, dlaczego w ogóle zaczęliśmy mu kibicować. Jeśli trzeci akt sprowadzi się do odhaczania kolejnych ofiar, szkoda będzie tak dobrego pomysłu.
Na koniec tytuł. Komuś, komu nazwa kojarzy się z komiksowym złoczyńcą, łatwo nastawić się na zupełnie inny film niż ten, który dostanie. Moja rada: idźcie na horror, a nie na superbohaterską akcję, i wtedy nie będzie rozczarowania.
Komu polecamy?
- Dla ciebie, jeśli: Dla tych, którzy lubią body horror z psychologiczną głębią, powoli budowany, przytłaczający klimat i których ciarki przechodziły już przy wcześniejszych filmach Jamesa Watkinsa.
- Lepiej odpuść, jeśli: Dla tych, którzy szukają lekkiego straszenia opartego na jump scare'ach albo dynamicznej komiksowej akcji, a także dla osób, które źle znoszą groteskowe, cielesne przemiany.
Jeśli ci się podoba, zobacz też: Mucha (1986), Substancja (2024), Wideodrom (1983), Eden Lake (2008), Joker (2019)
Najczęstsze pytania
Kiedy Clayface trafi do polskich kin?
Polska premiera kinowa zaplanowana jest na 23 października 2026 roku.
O czym jest Clayface?
O byłej gwieździe Hollywood, która w wyniku tajemniczych eksperymentów naukowych zmienia się w żądnego zemsty potwora, stopniowo tracąc samą siebie i zdolność do miłości.
Kto wyreżyserował Clayface?
Reżyserem filmu jest James Watkins.
Kto występuje w Clayface?
W obsadzie są m.in. Max Minghella, Naomi Ackie, Eddie Marsan, Tom Rhys Harries, David Dencik, Francesca Corney, Wil Coban i Jake Curran.
Czy warto już teraz rezerwować bilet na 23 października?
Moim zdaniem tak, i to bez wahania. Clayface opiera się na pomyśle, z którego wyjdzie albo jeden z najbardziej zapadających w pamięć horrorów roku, albo przyzwoity, ale szybko zapomniany film o potworze. Złotego środka trudno się tu spodziewać. Biorąc pod uwagę dotychczasową drogę reżysera i jakość obsady, stawiam na tę pierwszą opcję. Jeśli lubisz, gdy horror nie wyskakuje na ciebie z ciemnego kąta, tylko powoli wprowadza się pod skórę, nie przegap tego filmu. Moja przewidywana ocena: mocne 8 na 10, pod warunkiem że trzeci akt udźwignie stawkę.
