Jestem Rocky: recenzja przedpremierowa. Czy Peter Farrelly znów wchodzi na ring?
Są tytuły, od których każdemu kinomanowi serce zaczyna bić szybciej. Jestem Rocky to jeden z nich. Za kamerą stoi Peter Farrelly, laureat Oscara za Green Book, a w obsadzie roi się od nazwisk, którym zawdzięczamy już niejeden udany wieczór w kinie. Warto więc zastanowić się, czego możemy się po tym filmie spodziewać.
Mocny reżyser, gustownie dobrana obsada i tytuł, któremu trudno się oprzeć. Na papierze to jeden z najsympatyczniejszych filmów dla szerokiej publiczności tej zimy, o ile Farrelly posłucha serca, a nie pokusy kiczu.
Jestem Rocky: zwiastun
Informacje o filmie
| Original | I Play Rocky |
|---|---|
| Reżyseria | Peter Farrelly |
| Obsada | Anthony Ippolito, AnnaSophia Robb, P.J. Byrne, Toby Kebbell, Tracy Letts, Jay Duplass |
Tytuł, który sam zadaje cios
Niewiele tytułów wykonuje tyle pracy za speców od marketingu. Jestem Rocky wystarczy jedno imię, by natychmiast uruchomić maszynę nostalgii: ring, schody, surowe jajka i melodia, którą każdy potrafi zanucić. Seria o Rockym stworzyła jedną z najbardziej żywotnych legend amerykańskiego kina, a wszystko, co sięga po to imię, dostaje jednocześnie ogromny rozpęd i ogromny ciężar.
Jedno trzeba powiedzieć jasno: o fabule oficjalnie wiadomo na razie niewiele, więc nie będę jej streszczać. Tytuł jednak wyraźnie przywołuje właśnie ten świat i to wystarczy, by w głowach widzów już teraz ułożył się konkretny obraz. To największy atut filmu i zarazem największe ryzyko, bo oczekiwania jeszcze przed premierą sięgają sufitu.
Peter Farrelly, specjalista od niespodzianek
Gdyby ktoś dekadę temu powiedział, że współtwórca Głupiego i głupszego oraz Sposobu na blondynkę zgarnie kiedyś Oscara za najlepszy film, wyśmialibyśmy go. Potem przyszedł Green Book i Farrelly udowodnił, że za rubasznymi komediami kryje się bardzo wrażliwy narrator, który instynktownie potrafi rozmawiać z widownią.
Green Book miał dokładnie to, czego potrzeba przy takim tytule: lekki humor, ciepło, sceny oddane w ręce aktorów i to staroświeckie, czyste hollywoodzkie uczucie, za którym wielu dziś tęskni. Krytycy wskazywali jednak, że w tym samym tkwiła jego słabość: temat bywał wygładzony aż za bardzo, a rozwiązania zbyt wygodne. Jestem ciekaw, który Farrelly pokaże się tym razem. Jeśli gawędziarz, czeka nas świetny wieczór. Jeśli asekurant, dostaniemy film przyjemny, ale szybko zapomniany.
Obsada: mało gwiazd, dużo pewnych twarzy
Na pierwszy rzut oka lista nazwisk nie epatuje największymi gwiazdami i moim zdaniem to wyjątkowo dobra wiadomość. Na czele stoi Anthony Ippolito, którego szeroka publiczność jeszcze dobrze nie zna. To ryzyko, ale i szansa: za mniej znanym aktorem nie ciągnie się pamięć dziesięciu wcześniejszych ról, więc łatwiej mu uwierzyć.
Wokół niego zebrano za to aktorów, którzy potrafią podnieść poziom każdego filmu:
- Matt Dillon od dekad gra charyzmatycznych, odrobinę niebezpiecznych facetów i rzadko zawodzi.
- AnnaSophia Robb, którą wielu pamięta z dziecięcych ról w filmach Charlie i fabryka czekolady oraz Most do Terabithii, wyrosła na dojrzałą aktorkę.
- Tracy Letts to aktor charakterystyczny, jakiego uwielbia każdy reżyser: w Lady Bird w kilku scenach stworzył prawdziwego człowieka.
- Stephan James to jeden z najmocniejszych młodych talentów dramatycznych ostatnich lat.
- Toby Kebbell, Jay Duplass i P.J. Byrne to z kolei nazwiska, dzięki którym sceny żyją także na drugim planie.
Kto kogo gra, tego bez oficjalnych informacji nie podam. Ogólne wrażenie jest jednak jasne: to wygląda na film aktorski, w którym siła scen bierze się z dialogów i twarzy, a nie z eksplozji.
Co może się udać?
Optymizmem napawają mnie trzy rzeczy. Pierwsza to wyczucie Farrelly'ego do kina dla szerokiej publiczności: wie, jak jednocześnie rozbawić i wzruszyć całą salę, a od czasu Green Booka nikt tego nie kwestionuje. Druga to obsada bez słabego ogniwa, w której obok rutyniarzy znalazło się miejsce dla świeżych twarzy. Trzecia to sam temat: legenda Rocky'ego opowiadała o tym, jak ktoś znikąd dostaje swoją szansę, a taka historia działa dziś równie mocno jak pół wieku temu.
Do tego wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z filmem z ambicjami, który chce jednocześnie powalczyć o uwagę w sezonie nagród i trafić do zwykłego widza. Skoro tak go pozycjonują, najwyraźniej w niego wierzą.
Gdzie może się potknąć?
Największym zagrożeniem jest zadowolona z siebie nostalgia. Przy takim tytule łatwo puszczać oko do widza, migać znajomymi motywami i zbierać oklaski, zanim film zdąży stanąć na własnych nogach. Jeśli Jestem Rocky okaże się tylko ładnym, ale pustym hołdem, zapomnimy o nim bardzo szybko.
Drugie ryzyko to skłonność Farrelly'ego do dramatów zbyt okrągłych i zbyt czystych. Co w filmie dla szerokiej widowni jest zaletą, przy głębszym temacie łatwo zamienia się w powierzchowność. Jest też kwestia głównej roli: jeśli Ippolito nie udźwignie ciężaru filmu, nawet znakomity drugi plan go nie uratuje. Mimo wszystko argumentów za jest znacznie więcej niż przeciw.
Komu polecamy?
- Dla ciebie, jeśli: Dla miłośników staroświeckiego, pełnego serca kina hollywoodzkiego, fanów Green Booka i każdego, kto choć raz nucił motyw z Rocky'ego.
- Lepiej odpuść, jeśli: Dla tych, którzy szukają odważnego, eksperymentalnego kina albo mają alergię na nostalgię i łatwe do polubienia, wzruszające historie.
Jeśli ci się podoba, zobacz też: Rocky (1976), Green Book (2018), The Disaster Artist (2017), Creed: Narodziny legendy (2015)
Najczęstsze pytania
Kto wyreżyserował film Jestem Rocky?
Reżyserem jest Peter Farrelly, twórca nagrodzonego Oscarem filmu Green Book.
Kto występuje w filmie Jestem Rocky?
W obsadzie są m.in. Anthony Ippolito, AnnaSophia Robb, P.J. Byrne, Toby Kebbell, Tracy Letts, Jay Duplass, Matt Dillon i Stephan James.
Czy Jestem Rocky jest już dostępny?
Jeszcze nie, dlatego ten tekst to recenzja przedpremierowa.
Wchodzimy na ring razem z Farrellym?
Ja na pewno. Jestem Rocky ma wszystkie składniki dobrego, sympatycznego zimowego wieczoru w kinie: reżysera, który już udowodnił, że potrafi podbić publiczność, obsadę pełną świetnych aktorów i tytuł przywołujący jedną z największych legend w historii kina. Moje oczekiwania to ostrożny optymizm: jeśli Farrelly odważy się być nieco bardziej szorstki niż zwykle, może to być jedna z niespodzianek roku. Jeśli nie, i tak pewnie dostaniemy przyjemne, uśmiechnięte dwie godziny. Premiera pokaże, czy wygra przez nokaut, czy tylko na punkty.
