Kinoster
PL ▾

Recenzja

Dzień Niepodległości, recenzja: po trzydziestu latach to wciąż najpiękniejszy koniec świata oglądany z popcornem

Filmy amerykańskieFilmy akcjiFilmy przygodoweFilmy science fictionFilmy o kosmosie

Są filmy, które się nie starzeją, tylko z każdym rokiem stają się bardziej nostalgiczne. Dzień Niepodległości należy właśnie do nich. Roland Emmerich wziął w 1996 roku banalnie prosty pomysł, gigantyczne statki kosmiczne zawieszone nad stolicami świata, i rozdmuchał go tak, że zatrzęsła się cała kinowa dekada. Po trzydziestu latach obejrzałem go ponownie i zaskakująco niewiele musiałem mu wybaczać.

7,7/10
Ocena
Krzykliwy, naiwny, bez żenady grający na emocjach i właśnie dlatego jeden z najbardziej rozrywkowych filmów katastroficznych, jakie kiedykolwiek powstały.
Fabuła
6
Aktorstwo
8
Reżyseria
8
Strona wizualna
9
Muzyka i dźwięk
8
Emocje
7

Ocena końcowa to średnia z sześciu kryteriów.

Dzień Niepodległości: zwiastun

Informacje o filmie

OriginalIndependence Day
ReżyseriaRoland Emmerich
ObsadaWill Smith, Bill Pullman, Jeff Goldblum, Mary McDonnell, Judd Hirsch, Robert Loggia
GatunekFilmy akcji, Filmy przygodowe, Filmy science fiction
Czas trwania145 min
KrajFilmy amerykańskie

Cień nad stolicami: o czym jest film, bez spoilerów

Punkt wyjścia jest tak czytelny, że da się go streścić jednym zdaniem: znikąd pojawiają się olbrzymie statki kosmiczne i pogrążają w cieniu największe miasta świata. Część ludzkości szykuje się do świętowania, bo w końcu przybyli, w końcu nie jesteśmy sami. Tyle że goście mają zupełnie inne plany. Nadciągają z miażdżącą przewagą i technologią, przy której ziemskie armie wyglądają jak ołowiane żołnierzyki, a ich celem jest ni mniej, ni więcej tylko całkowite wymazanie ziemskiej cywilizacji.

Tyle warto wiedzieć przed seansem i moim zdaniem więcej zdradzać nie wypada. Siła filmu nie tkwi bowiem w zwrotach akcji, ale w tym, jak tę niezwykle prostą sytuację rozkłada na całą gromadę bohaterów i pozwala każdemu z nich zmierzyć się z końcem świata na własny sposób. Pilot, prezydent, naukowiec, ojciec, outsider z problemem alkoholowym: Emmerich stawia naprzeciw najeźdźców cały przekrój społeczeństwa i dzięki temu dostajemy coś więcej niż zwykłą strzelaninę.

Will Smith, gwiazda, która tu naprawdę się narodziła

Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale w 1996 roku Will Smith nie był jeszcze tym Willem Smithem. Miał za sobą Bajera z Bel Air i Bad Boys, jednak status niekwestionowanej gwiazdy letnich hitów dał mu, jak sądzę, właśnie ten film. Jako kapitan Steven Hiller wnosi do każdej sceny tyle luzu, bezczelnego humoru i fizycznej obecności, że niemal wyskakuje z ekranu. To bohater, z którym widz najchętniej siedziałby w kokpicie, kiedy wszystko wokół płonie.

Najlepsze jest to, że nie traktuje siebie śmiertelnie poważnie. Katastroficzne kino tej skali łatwo mogłoby utonąć we własnym patosie, ale Smith co trzecim zdaniem przekłuwa ten balon. Ta lekkość nadaje filmowi rytm i sprawia, że nawet 145 minut nie męczy.

Prezydent, geniusz i cała drużyna postaci

Jeśli Will Smith jest mięśniami tego filmu, to Jeff Goldblum jego układem nerwowym. Jako David Levinson gra tę samą jąkającą się, genialnie nerwową, wiecznie myślącą postać, którą pokochaliśmy w Parku Jurajskim, i tu także trafia w dziesiątkę. Duet Smith i Goldblum to dwie zupełnie różne energie: jeden działa, drugi rozgryza, i ta dwoistość działa lepiej niż jakakolwiek eksplozja.

Bill Pullman jako prezydent Thomas J. Whitmore tworzy zaskakująco ludzką postać. To nie pomnikowy przywódca, lecz zmęczony, pełen wątpliwości człowiek, na którego nagle spada ciężar całego świata. Obok niego Mary McDonnell jako Marilyn Whitmore i Margaret Colin jako Constance Spano nadają historii ludzką twarz. Judd Hirsch w roli Juliusa Levinsona to jeden z najzabawniejszych bohaterów drugiego planu: zrzędliwy ojciec, który zawsze odzywa się nie w porę. Robert Loggia jako generał William Grey reprezentuje twarde, wojskowe skrzydło, a Randy Quaid jako Russell Casse daje filmowi postać najbardziej zwariowaną i najbardziej zaskakująco sympatyczną.

Nie każdy bohater dostaje dość czasu, a niektórych wycięto trochę z szablonu. Ale to taki film, w którym szablon nie jest wadą, tylko obietnicą gatunku: wiesz, komu będziesz kibicować, a film dotrzymuje słowa.

Roland Emmerich, artysta zniszczenia

Roland Emmerich nakręcił później takie filmy jak Godzilla, Pojutrze czy 2012, czyli całą karierę zbudował na efektownym niszczeniu planety. Dzień Niepodległości jest klejnotem w koronie tej drogi i moim zdaniem reżyser nigdy go nie przebił. Tutaj wciąż zachowana była równowaga między rozmachem a zabawą.

Dziś szczególnie rzuca się w oczy namacalność tego kina. W połowie lat dziewięćdziesiątych spora część efektów opierała się jeszcze na makietach, prawdziwym ogniu i efektach praktycznych, co po dzisiejszych całkowicie cyfrowych blockbusterach działa dziwnie wyzwalająco. Kadry ze statkami górującymi nad tłumem stały się ikoniczne i nie bez powodu: Emmerich wie, jak oddać skalę. Ogromny cień, tłum zadzierający głowy i już wiesz, że będą kłopoty.

Muzyka też jest na swoim miejscu: głośna, marszowa, podniosła, dokładnie taka, od której fotel w kinie zaczyna lekko drżeć. Subtelności tu ani śladu, ale też nie w tym filmie należy jej szukać.

Gdzie film się potyka

Powiedzmy to otwarcie: to nie jest mądry film i wcale nie próbuje nim być. Scenariusz roi się od wygodnych zbiegów okoliczności, uproszczeń i rozwiązań, przy których nawet dwunastolatek uniósłby brew. Nauka jest tu mniej więcej tak wiarygodna jak logika sobotniej kreskówki. Kto ma na to alergię, będzie kichał przez cały seans.

Drugi zarzut, którego nie da się uniknąć, to ogromna dawka amerykańskiego patosu. Tytuł nie jest przypadkowy, a film wcale nie ukrywa, kto tu ratuje świat. Ja widzę w tym dziś raczej obraz epoki i uroczą przesadę niż irytującą propagandę, ale rozumiem, jeśli dla kogoś to za dużo. Do tego 145 minut daje o sobie znać w drugiej połowie: kilka scen spokojnie można było skrócić.

Dlaczego wracamy do niego po trzydziestu latach?

Bo ten film jest odciskiem całej epoki. Bije z niego hollywoodzka pewność siebie połowy lat dziewięćdziesiątych: wiara, że wystarczy dobry pomysł, kilku charyzmatycznych aktorów i ogromny budżet, by powstało wspólne kinowe przeżycie. Dziś, gdy wielkie widowiska bywają trybikami uniwersów liczących dziesiątki części, odświeżająco jest zobaczyć blockbuster zamknięty w sobie, który nie jest reklamą kolejnego odcinka.

Dzień Niepodległości stał się podręcznikowym przykładem gatunku. Wszystko, co przyszło po nim w dziedzinie wielkich, zbiorowych filmów katastroficznych, w jakiejś formie się od niego uczyło albo z nim polemizowało. To moim zdaniem ten rzadki przypadek, gdy film jest jednocześnie guilty pleasure i prawdziwym kamieniem milowym historii kina.

Komu polecamy?

Jeśli ci się podoba, zobacz też: Wojna światów (2005), Armageddon (1998), Marsjanie atakują! (1996), Pojutrze (2004), Faceci w czerni (1997)

Najczęstsze pytania

O czym jest Dzień Niepodległości?

Nad stolicami świata pojawiają się gigantyczne statki obcych. Część ludzkości szykuje się do świętowania, ale przybysze, dysponujący miażdżącą przewagą i technologią, zamierzają zniszczyć ziemską cywilizację.

Ile trwa Dzień Niepodległości?

Film trwa 145 minut.

Kto wyreżyserował Dzień Niepodległości i kto w nim gra?

Reżyserem jest Roland Emmerich. W głównych rolach występują Will Smith, Bill Pullman, Jeff Goldblum, Mary McDonnell, Judd Hirsch, Robert Loggia, Randy Quaid i Margaret Colin.

Jaki jest oryginalny tytuł filmu Dzień Niepodległości?

Oryginalny tytuł tego amerykańskiego filmu to Independence Day.

Czy po trzydziestu latach warto odkurzyć tę inwazję?

Zdecydowanie tak. Dzień Niepodległości nie jest bez wad, czasem bywa wręcz głupi, ale powstał z takim rozmachem, sercem i siłą gwiazd, jakich większość dzisiejszych widowisk może mu tylko pozazdrościć. Will Smith stał się tu prawdziwą gwiazdą kina, Jeff Goldblum udowodnił, że rola jąkającego się geniusza jest wieczna, a Roland Emmerich zniszczył świat w najprzyjemniejszy możliwy sposób. Zgaś światło, podkręć głośność i pozwól, by porwał cię ten cień. Rzadko oglądanie końca świata sprawia tyle frajdy.

Ocena: 7,7/10 · Fabuła 6 · Aktorstwo 8 · Reżyseria 8 · Strona wizualna 9 · Muzyka i dźwięk 8 · Emocje 7