Maska, recenzja: twarz Jima Carreya, która nie zmieściła się w latach dziewięćdziesiątych
Są filmy, które pamiętamy jak cukrowy szok w kolorze jaskrawej zieleni, i Maska jest dokładnie takim filmem. Komedia Chucka Russella trafiła do polskich kin na samym początku 1995 roku i jednym ruchem udowodniła, że twarz Jima Carreya to nie twarz, tylko efekt specjalny. Obejrzałem ją ponownie i powiem szczerze: uśmiech wciąż jest szeroki, nawet jeśli farba miejscami trochę się złuszczyła.
Postać z kreskówki, która przez przypadek wprowadziła się do żywego człowieka, i dzięki temu powstała jedna z najzabawniejszych komedii lat dziewięćdziesiątych.
Maska: zwiastun
Informacje o filmie
| Original | The Mask |
|---|---|
| Premiera w Polsce | 05.01.1995 |
| Reżyseria | Chuck Russell |
| Obsada | Jim Carrey, Peter Riegert, Peter Greene, Amy Yasbeck, Richard Jeni, Orestes Matacena |
| Gatunek | Komedie, Filmy fantasy, Kryminały, Filmy romantyczne |
| Czas trwania | 101 min |
| Kraj | Filmy amerykańskie |
Stanley, największy pechowiec świata
Punkt wyjścia jest prosty i właśnie dlatego działa. Stanley Ipkiss to ten typ człowieka, któremu kanapka zawsze spada masłem do dołu i który przeprasza nawet wtedy, gdy to jego ktoś potrąci. Niezdarny, skromny, trochę żałosny, a przy tym na tyle sympatyczny, że już po dziesięciu minutach mocno mu kibicujemy. Potem przychodzi zwrot akcji: w jego ręce trafia starożytna maska, a gdy tylko założy ją na twarz, Stanley przestaje być sobą.
Zamaskowane alter ego jest wszystkim, czym Stanley nie jest: bezczelne, zabójczo czarujące, bezwstydnie zabawne i z każdą sztuczką w małym palcu. Pierwsza połowa filmu to w gruncie rzeczy wielka fantazja o spełnieniu marzeń, o tym, jak by to było choć raz w życiu zostać największym gwiazdorem na sali. W drugiej połowie maska trafia jednak do nowego właściciela, który wcale nie jest tak skory do zabawy i dzięki nadludzkiej mocy chce trzymać całe miasto w garści. Wtedy do akcji musi wkroczyć nasz niezdarny bohater, a komedia skręca w stronę kryminału i przygody rodem z kina superbohaterskiego.
Jako historia to nic skomplikowanego i film wcale nie udaje, że jest inaczej. Scenariusz to raczej szkielet, na którym wiesza się kolejne gagi, ale ten szkielet okazuje się zaskakująco solidny: jest stawka, jest złoczyńca, jest wątek romantyczny i jest bohater, w którego przemianę naprawdę wierzymy.
Jim Carrey, człowiek z gumy
Można rozmawiać o reżyserii, efektach i muzyce, ale bądźmy szczerzy: ten film opowiada o jednym człowieku. Jim Carrey wystrzelił w tym samym okresie co Ace Ventura: Psi detektyw i Głupi i głupszy, a jeśli ktoś wtedy jeszcze wątpił, że ten facet to zjawisko, po Masce na pewno zamilkł.
Genialne jest to, że Carrey gra jednocześnie dwie zupełnie różne role. Jako Stanley jest wycofany, nieporadny, niemal melancholijny, i jest w tym coś bardzo ludzkiego. Za maską rozpętuje się natomiast piekło: tańczy, śpiewa, przeistacza się, trajkocze, a jego ciało wygina się tak, jakby nie miało w środku ani jednej kości. Wielu aktorów zgubiłoby się wśród efektów, tymczasem Carrey ściga się z komputerem własną twarzą i ciałem, i często to on wygrywa.
Oczywiście potrzeba do tego pewnej tolerancji. Kto nie znosi przegiętego stylu Carreya, temu ten film będzie się dłużył jak dwie godziny zamiast rzeczywistych 101 minut. Ja jednak powiem jedno: rzadko ogląda się na ekranie tak czystą, beztroską komiczną energię.
Kreskówka wśród prawdziwych dekoracji
Chuck Russell zasługuje na pochwałę za to, że zrozumiał jedną rzecz: tego filmu nie można traktować realistycznie. Maska świadomie podąża za logiką starych amerykańskich kreskówek, w których oczy wyskakują z orbit, szczęka opada aż do podłogi, a serce wyrywa się z piersi. W połowie lat dziewięćdziesiątych wyglądało to niesamowicie świeżo, a duża część oprawy wizualnej zaskakująco dobrze broni się do dziś.
Nie każdy efekt zestarzał się z godnością i tu i ówdzie widać, że komputerowe triki dopiero raczkowały. Tyle że tutaj nie ma to większego znaczenia: styl i tak jest przesadzony, krzykliwy i kolorowy, więc nieco plastikowe momenty stają się raczej częścią klimatu niż irytującą wadą. A zielona głowa w duecie z żółtym garniturem stała się tak kultowym zestawem, że na każdym balu przebierańców rozpozna go dziś każdy.
Muzyka i atmosfera przywołują świat swingu i dawnych nocnych klubów, co idealnie pasuje do estradowej energii zamaskowanej postaci. To jeden z tych filmów, których sceny taneczne pamięta się jeszcze po latach.
Drugi plan i czarny charakter
Przy takim huraganie pozostałym aktorom niełatwo się przebić, ale ekipa spisuje się przyzwoicie. Peter Greene jako Dorian Tyrrell daje dokładnie takiego chłodno groźnego gangstera, jakiego potrzeba, żeby wśród całego błaznowania pojawiła się jakaś przeciwwaga. To nie jest postać pogłębiona, ale wcale nie musi nią być: ma sprawić, że w drugim akcie będzie się kogo bać, i z tego zadania się wywiązuje.
Peter Riegert jako Mitch Kellaway, Amy Yasbeck jako Peggy Brandt i Richard Jeni jako Charlie Schumaker dobrze wypełniają świat Stanleya. To oni krążą wokół niego i reprezentują jego zwyczajne życie bez maski, a właśnie na tym kontraście humor odpala najlepiej. Z kolei Orestes Matacena, Tim Bagley i Nancy Fish w mniejszych rolach wnoszą ten karykaturalny klimat postaci drugoplanowych, jakiego oczekuje się od takiego filmu.
Uczciwie mówiąc: nikt nie pamięta tego filmu z powodu drugiego planu. Ale dobra komedia potrzebuje dobrze narysowanego tła, a tutaj ono jest.
Gdzie uśmiech się zsuwa
Nie byłbym uczciwy, gdybym tylko się zachwycał. Słabym punktem filmu jest zdecydowanie mieszanka gatunków. To jednocześnie komedia, fantasy, kryminał i romans, i choć najczęściej jest to zabawny koktajl, momentami czuć, że wątek kryminalny to raczej obowiązkowa runda niż coś, co twórców naprawdę interesuje. Najlepsze chwile to zawsze te, w których maska puszcza wszelkie hamulce, natomiast podczas gangsterskich scen czasem po prostu czekamy, aż wreszcie nadejdzie kolejne szaleństwo.
Część humoru jest też mocno osadzona w swojej epoce. To, co w 1995 roku było odważne i nowatorskie, dziś wywołuje raczej nostalgiczny uśmiech niż głośny rechot. To nie wina filmu, tylko upływu czasu, ale warto o tym pamiętać, jeśli ktoś ogląda go po raz pierwszy.
- Co działa: podwójna kreacja Carreya, kreskówkowa oprawa wizualna, rytm.
- Co mniej: cienki wątek kryminalny, schematyczny złoczyńca, kilka przestarzałych efektów.
Dlaczego wracamy do niej nawet po trzydziestu latach?
Bo Maska tak naprawdę opowiada o bardzo prostym i bardzo ludzkim pragnieniu: co by było, gdybyśmy choć raz mogli zrzucić z siebie wszystkie zahamowania? Za historią Stanleya kryje się myśl, że odwaga, poczucie humoru i charyzma być może wcale nie mieszkają w masce, tylko w nas samych. Film nie wciska nam tego na siłę i nie moralizuje, ale ta myśl jest obecna w tle i dzięki niej całość jest czymś więcej niż zwykłą paradą gagów.
Do tego ma w sobie coś, czego często brakuje dzisiejszym, starannie skalibrowanym komediom: brawurę. Ten film nie boi się być śmieszny, nie boi się przesady i właśnie dlatego nie sposób się na niego gniewać.
Komu polecamy?
- Dla ciebie, jeśli: Dla fanów Jima Carreya, dla nostalgików wychowanych na komediach lat dziewięćdziesiątych i dla każdego, kto lubi kreskówkowy, głośny i beztroski humor.
- Lepiej odpuść, jeśli: Kto nie znosi przegiętej komedii opartej na grymasach albo szuka dopracowanego, poważnego kryminału, powinien trzymać się od tego filmu z daleka.
Jeśli ci się podoba, zobacz też: Ace Ventura: Psi detektyw (1994), Głupi i głupszy (1994), Kto wrobił królika Rogera? (1988), Pogromcy duchów (1984), Kłamca, kłamca (1997)
Najczęstsze pytania
Kiedy Maska miała premierę w Polsce?
Maska weszła do polskich kin 5 stycznia 1995 roku.
O czym jest Maska?
Stanley Ipkiss to pechowy niezdara, który znajduje starożytną maskę. Gdy ją zakłada, zmienia się w pewne siebie i niezwykle zabawne alter ego. Później maska trafia w ręce niebezpiecznego właściciela, który chce podporządkować sobie całe miasto, więc Stanley musi wkroczyć do akcji.
Ile trwa Maska?
Film trwa 101 minut.
Kto wyreżyserował Maskę?
Reżyserem filmu jest Chuck Russell.
Kto gra główną rolę w Masce?
Zarówno Stanleya Ipkissa, jak i jego zamaskowane alter ego gra Jim Carrey.
Kto jest czarnym charakterem w Masce?
Głównym złoczyńcą jest Dorian Tyrrell, w którego wciela się Peter Greene.
Czy warto jeszcze raz założyć zieloną maskę?
Tak, bez wahania. Maska nie jest filmem bez wad: wątek kryminalny jest cienki, złoczyńca schematyczny, a po kilku efektach widać już upływ lat. Ale to, co najważniejsze, nadal błyszczy: Jim Carrey wypełnia ekran energią, jaką od tamtej pory rzadko się widuje, a Chuck Russell odważnie pozwolił, by film stał się żywą kreskówką. Na deszczowy wieczór, w gronie przyjaciół albo w nostalgicznym nastroju to wciąż jeden z najpewniejszych wyborów. Moim zdaniem mocne 8 punktów, a spora ich część należy wyłącznie do uśmiechu w żółtym garniturze.
