Kinoster
PL ▾

Recenzja · Premiera: 10.05.2019

Trzy kroki od siebie recenzja: miłość, w której największym gestem jest to, że się nie dotykasz

Filmy amerykańskieFilmy romantyczneDramatyFilmy o miłościFilmy młodzieżowe

Są takie filmy, o których już po plakacie wiadomo, że bez paczki chusteczek nie ma co siadać przed ekranem, i Trzy kroki od siebie to właśnie ten przypadek. Romantyczny dramat Justina Baldoniego opowiada o dwojgu nastolatkach chorych na mukowiscydozę, którzy ze względu na chorobę muszą trzymać się od siebie z daleka. Przepis jest znajomy, składniki bywają przesłodzone, ale Haley Lu Richardson wkłada w tę historię tyle serca, że trudno się oprzeć.

6,7/10
Ocena
Przewidywalny, momentami nachalnie ckliwy dramat młodzieżowy, który dzięki szczerej i błyskotliwej roli Haley Lu Richardson wyrasta wyraźnie ponad gatunkową przeciętność.
Fabuła
6
Aktorstwo
8
Reżyseria
6
Strona wizualna
6
Muzyka i dźwięk
6
Emocje
8

Ocena końcowa to średnia z sześciu kryteriów.

Informacje o filmie

OriginalFive Feet Apart
Premiera w Polsce10.05.2019
ReżyseriaJustin Baldoni
ObsadaHaley Lu Richardson, Cole Sprouse, Moisés Arias, Kimberly Hébert Gregory, Parminder Nagra, Claire Forlani
GatunekFilmy romantyczne, Dramaty
Czas trwania116 min
Kategoria wiekowa12
KrajFilmy amerykańskie

O czym jest Trzy kroki od siebie, bez spoilerów?

Stella Grant ma siedemnaście lat i pod wieloma względami jest zupełnie zwyczajną nastolatką: nie rozstaje się z laptopem i uwielbia swoich najbliższych przyjaciół. Tyle że większość czasu spędza w szpitalu, bo choruje na mukowiscydozę. Jej życie opiera się na listach, zasadach i żelaznej dyscyplinie, a każdy lek i każdy zabieg mają swoje miejsce i swoją porę.

Ten starannie poukładany porządek burzy Will Newman, nieprzyzwoicie przystojny współpacjent, który również zmaga się z mukowiscydozą. Iskrzy między nimi niemal od razu, ale zasady są bezlitosne: zawsze muszą zachować bezpieczny dystans. Im mocniejsza staje się ich więź, tym silniejsza pokusa, by machnąć ręką na przepisy. Sprawę komplikuje to, że Will buntuje się przeciwko własnemu leczeniu, a Stella próbuje go przekonać, żeby w pełni korzystał z życia. I zostaje pytanie zasadnicze: jak uratować kogoś, kogo nie wolno ci nawet dotknąć?

Więcej nie warto wiedzieć przed seansem. Siła filmu i tak tkwi w tym, jak rozwija tę prostą, ale okrutną sytuację wyjściową.

Pomysł, który boli sam z siebie

Szczerze mówiąc, najlepszy pomysł filmu zawiera się już w samym punkcie wyjścia. Kino romantyczne od dziesięcioleci stoi na pocałunkach, uściskach i trzymaniu się za ręce. Tutaj właśnie to jest zakazane. Każda chwila, w której dwoje bohaterów chciałoby się do siebie zbliżyć, jest jednocześnie romantyczna i przerażająca, bo widz doskonale wie, jaka jest stawka.

To bardzo wdzięczna dramaturgiczna pułapka i film korzysta z niej mądrze. Najlepsze sceny to te, w których miłość wyraża się ponad dzielącym bohaterów dystansem: w spojrzeniu, w drobnym, pomysłowym geście, we wspólnej chwili, która mimo wszystko nie może być naprawdę wspólna. W takich momentach Trzy kroki od siebie mówi o pragnieniu i wyrzeczeniu więcej niż przeciętne tytuły z tej półki.

Drobna ciekawostka: polski tytuł mówi o trzech krokach, a oryginalny o pięciu stopach. Sens pozostaje ten sam. Chodzi o wymierną, okrutną przestrzeń między dwojgiem ludzi, która nie wynika z emocji, tylko z medycznej konieczności.

Haley Lu Richardson niesie cały film na swoich barkach

Gdybym miał podać jeden powód, dla którego warto obejrzeć ten film, byłaby nim Haley Lu Richardson. Kto widział ją w Columbus, wie, jak subtelnie potrafi grać. Tutaj, w dużo bardziej popularnym wydaniu, udowadnia, że nawet dziewczyna z obsesją kontroli, kurczowo trzymająca się swoich list, może być postacią z krwi i kości, którą da się polubić. Jej Stella nie jest cierpiącym aniołem, tylko kimś zabawnym, irytującym, upartym i bardzo żywym. Kiedy płacze, nie płacze za nią scenariusz, tylko ona sama.

Cole Sprouse jako Will dostaje klasyczną rolę nieosiągalnego niegrzecznego chłopaka: cynicznego buntownika, który ma zasady w nosie, a w środku jest oczywiście znacznie bardziej kruchy. Sprouse od czasów Riverdale wie, jak posępnie patrzeć w obiektyw, i tutaj robi dokładnie to samo. Działa to, ale jego postać jest o wiele bardziej szablonowa niż Stella i aktorowi nie do końca udaje się to przeskoczyć.

Z drugiego planu najwięcej ciepła i humoru wnosi Moisés Arias jako Poe, jedna z najprzyjemniejszych niespodzianek filmu. Kimberly Hébert Gregory wiarygodnie gra Barb, surową, ale troskliwą pielęgniarkę, która stoi na straży zasad, a której mimo to nie sposób nie lubić. Parminder Nagra jako dr Hamid i Claire Forlani jako Meredith uzupełniają obsadę mniejszą, ale solidną obecnością.

Justin Baldoni i naciskanie emocjonalnych guzików

Reżyserem jest Justin Baldoni, którego wielu zna przede wszystkim jako aktora, i widać, że bardzo mu zależy. Zależy mu na tym, żebyś płakał. To zarazem siła i słabość filmu. Szpitalne otoczenie, ciasne sale, korytarze, rurki i aparatura wiarygodnie oddają świat, w którym żyją ci młodzi ludzie, a choroba na szczęście nie jest tu tylko dekoracją, tylko naprawdę wyznacza codzienność bohaterów.

Jednocześnie Baldoni często za mało ufa własnemu materiałowi. Gdy scena działa już sama z siebie, dochodzi jeszcze wzruszająca muzyka, spowolnione ujęcie albo odrobinę przegadana kwestia. Przy 116 minutach film wyraźnie się dłuży, a w środkowej części są przestoje, które ciaśniejszy montaż spokojnie mógłby wyciąć.

Wizualnie to porządna, czysta robota, bez ambicji na wielkie słowa, zresztą niepotrzebnych. Zdjęcia są ciepłe, kolory miękkie, a wszystko służy temu, by uwaga pozostała na twarzach dwojga głównych bohaterów.

Gdzie film się potyka?

Największym problemem jest przewidywalność. Kto widział już kilka młodzieżowych romansów z chorobą w tle, z grubsza domyśli się, na jaki emocjonalny rollercoaster wsiada. Film nie próbuje zaskakiwać, raczej przechodzi sprawdzoną gatunkową drogą, tyle że z nowym, pomysłowym twistem.

Mimo to film nie jest cyniczny. Widać, że traktuje swój temat i bohaterów poważnie, a to wiele znaczy. Przy takiej historii łatwo byłoby wykorzystać chorobę wyłącznie jako narzędzie do wyciskania łez, a Trzy kroki od siebie przynajmniej próbuje pokazać, co znaczy z nią żyć.

Komu polecamy?

Jeśli ci się podoba, zobacz też: Gwiazd naszych wina (2014), Ponad wszystko (2017), Zostań, jeśli kochasz (2014), Szkoła uczuć (2002)

Najczęstsze pytania

O czym jest film Trzy kroki od siebie?

O dwojgu nastolatkach chorych na mukowiscydozę, Stelli i Willu, którzy zakochują się w sobie w szpitalu, ale z powodu choroby muszą zachowywać dystans i nie mogą się nawet dotknąć.

Kiedy Trzy kroki od siebie weszło do polskich kin?

Polska premiera filmu odbyła się 10 maja 2019 roku.

Ile trwa film Trzy kroki od siebie?

Film trwa 116 minut.

Kto wyreżyserował Trzy kroki od siebie i kto gra główne role?

Amerykański film wyreżyserował Justin Baldoni. W rolach głównych występują Haley Lu Richardson (Stella) i Cole Sprouse (Will), a obok nich Moisés Arias, Kimberly Hébert Gregory i Parminder Nagra.

Jaki jest oryginalny tytuł filmu Trzy kroki od siebie?

Oryginalny tytuł filmu to Five Feet Apart.

Czy warto poświęcić na niego paczkę chusteczek?

Trzy kroki od siebie nie napisze na nowo reguł romantycznego dramatu i wcale nie ma takich ambicji. Jest przewidywalny, miejscami przesłodzony, a reżyseria Justina Baldoniego czasem mocniej, niż trzeba, wciska emocjonalne guziki. A jednak jest w nim coś bardzo ludzkiego: świetny pomysł wyjściowy, który z zakazanego dotyku wyczarowuje napięcie, i Haley Lu Richardson, dzięki której każda scena z jej udziałem brzmi prawdziwie.

Jeśli w deszczowy wieczór masz ochotę właśnie na porządny wyciskacz łez, możesz trafić znacznie gorzej. Przygotuj tylko chusteczki i nie licz na niespodzianki. Emocje i tak cię dopadną, nawet jeśli dobrze wiesz, że nadchodzą.

Ocena: 6,7/10 · Fabuła 6 · Aktorstwo 8 · Reżyseria 6 · Strona wizualna 6 · Muzyka i dźwięk 6 · Emocje 8